|
Pani Profesor Hanna
Popowska-Taborska w 2010 roku obchodzi jubileusz 80-lecia urodzin
Rozmowa z Jubilatką,
przeprowadzona w maju 2010 roku
Pani Profesor, jest Pani językoznawcą, slawistką, o
której możemy przeczytać w Polskiej Encyklopedii Powszechnej, naukowcem z
ogromnym dorobkiem naukowym. Dlaczego Pani zajęła się tą dziedziną humanistyki?
- To
efekt splotu różnych okoliczności - zainteresowań i czasów, w jakich przyszło
mi żyć, doskonałych nauczycieli i ludzi, których spotykałam na swojej drodze.
Od dzieciństwa miałam zainteresowania humanistyczne, pisywałam wierszyki, a w
czasie wojny czytałam wszystko, co tylko było dostępne w moim rodzinnym domu i
w innych zaprzyjaźnionych domach na Ochocie. Tu też chodziłam do szkoły Wandy z Posseltów Szachtmajerowej, do której
wcześniej uczęszczały m.in. córki Piłsudskiego. Gdy wojska niemieckie
zarekwirowały budynek szkolny na szpital wojskowy, w skrzydle mieszkalnym, od strony ulicy
Radomskiej działała nadal szkoła. Pod szyldem Czwartych Miejskich Rocznych
Żeńskich Kursów Krawiecko-Bieliźniarskich prowadzono tajne
nauczanie, realizując normalny program dla młodszych klas gimnazjalnych
(starsze klasy miały komplety na mieście). W szkole działało harcerstwo,
należałam do Szarych Szeregów. Maturę zdawałam już w Łodzi wiosną 1948 roku.
Nie było to łatwe, bo jesienią 1947 roku zostałam wyrzucona ze szkoły. Nie
byłam członkiem ZWM (ani później ZMP) i jako przewodnicząca klasy stanęłam w
obronie naszej wychowawczyni, którą usunięto ze względów politycznych. W
tamtych czasach taki sprzeciw był bardzo ryzykowny.
Całą wojnę spędziła Pani Profesor
w okupowanej Warszawie?
- Prawie całą. Ochota była jedną z pierwszych dzielnic, które padły w
czasie Powstania. Wywieziono nas do obozu pracy w okolicach Wałbrzycha
(podówczas Waldenburga). Pracowałam tam między innymi w Fabryce Kruppa.
Opowiedziałam o tym okresie dość szczegółowo we wspomnieniach pisanych dla
córki.
Wspomniała Pani Profesor o
ludziach spotkanych na swej drodze...
- Jesienią 1948 roku rozpoczęłam
studia polonistyczne, realizując niejako swoje zamiłowanie do lektur i pisania.
Uniwersytet Łódzki dopiero powstawał. Uczyliśmy się w ciasnych pomieszczeniach
przy ulicy Lindleya, gdzie mieściło się też seminarium języka polskiego. Uczył
nas bardzo wówczas młody (jeszcze przed doktoratem) Karol Dejna, bardzo stary
profesor Henryk Ułaszyn i (a raczej przede wszystkim) profesor Zdzisław
Stieber. To językoznawcze seminarium różniło się od wszystkich pozostałych.
Panowała w nim serdeczna a równocześnie prawdziwie naukowa atmosfera, daleka od
ideologii, która panowała na zewnątrz. Obie z Zuzanną [prof. Zuzanna Topolińska, wybitny językoznawca,
członek m.in. Macedońskiej Akademii Nauk i Sztuk] umiałyśmy to wówczas w pełni
docenić. I chociaż obie zrobiłyśmy także absolutorium z literaturoznawstwa,
zdecydowałyśmy się na magisterium z językoznawstwa.
Był
to więc poniekąd wybór ideologiczny?
- Nie całkiem. Choć w pewnym stopniu na pewno tak.
Po magisterium otrzymałyśmy od profesora Stiebera propozycję pozostania na
uniwersytecie. Ale obie byłyśmy niezorganizowane i aktyw młodzieżowy na
specjalnie zwołanym zebraniu skutecznie przeciw temu zaprotestował. Zaczęłyśmy
wtedy szukać pracy na własną rękę i znalazłyśmy ją w Warszawie w Państwowym
Instytucie Wydawniczym. Praca w Redakcji Klasyków Staropolskich nad wydaniami
dzieł Kochanowskiego i Potockiego okazała się dla nas doskonałą okazją do
zapoznania się z warsztatem wydawniczym. W tym też czasie na Uniwersytecie
Warszawskim rozpoczął zajęcia profesor Stieber. Gdy zaczęły zarysowywać się
plany utworzenia w Polskiej Akademii Nauk Instytutu Języka Polskiego, Profesor
znowu zaproponował nam współpracę. I tak 1 kwietnia 1954 roku zostałam
zatrudniona na pół etatu w Polskiej Akademii Nauk[*].
Ale
Pani profesor jest przecież także slawistką...
- Jestem nią w pewnym sensie
wtórnie, przez to, że uczył mnie jeden z wielkich slawistów i że długo
pracowałam pod jego kierunkiem. Moja praca habilitacyjna dotyczyła pogranicza
polsko-dolnołużyckiego. [Dawne pogranicze językowe
polsko-dolnołużyckie (w świetle danych toponomastycznych]. W 1965 roku było to zagadnienie
zupełnie nowe, teren nieopisany, a granica między językami niezbyt wyraźna.
Nieocenionym źródłem okazały się istniejące jeszcze wówczas niemieckie mapy
katastralne tych terenów, które odnajdowałam i ekscerpowałam w ówczesnych
Radach Narodowych województwa zielonogórskiego. Zachował się na nich bogaty
słowiański materiał nazewniczy.
Skąd
w pracach Pani Profesor zainteresowanie kaszubszczyzną? Kaszubski to język, nie
dialekt?
- Kierunek naszym wieloletnim badaniom zespołowym
nadał Profesor Stieber, rozpoczynając prace nad Atlasem [Atlas
językowy kaszubszczyzny i dialektów sąsiednich]. Moja rozprawa doktorska również związana była z
kaszubszczyzną. Ale gdy
w roku 1976 napisałam książkę Kaszubszczyzna
- zarys dziejów, musiała ona czekać na druk cztery lata. Na przeszkodzie
stanęło bowiem oficjalnie obowiązujące przeświadczenie o językowej jedności
całej Polski. Dzisiaj kaszubski ma rangę języka regionalnego.
Z
której ze swoich prac jest Pani Profesor najbardziej dumna?
- Chyba jednak z Atlasu
kaszubszczyzny. I myślę, że wyrażam tym samym opinię wszystkich jego
autorów (choć raczej należałoby powiedzieć autorek). Nasza wieloletnia praca
zespołowa utrwaliła w wydanych w latach 1964-1978 piętnastu tomach map i
komentarzy stan dziś już nieistniejący, „sfotografowany" niejako w ostatniej
chwili. Lubię też Dawne pogranicze językowe polsko-dolnołużyckie, bo uzupełniło
językoznawczą i demograficzną wiedzę o tym obszarze, a także Wczesne
dzieje Słowian w świetle ich języka, bo miałam w tej książce odwagę po
długiej pracy przyznać się, że wciąż daleka jestem od ostatecznych wniosków na
temat słowiańskich pradziejów. Tę książkę docenili również Słoweńcy, publikując
ją w przekładzie na swój język. No, i
cieszę się, że zdążyliśmy z profesorem Borysiem ukończyć szósty, ostatni tom Słownika
etymologicznego kaszubszczyzny. Nie wszystkim autorom słowników
etymologicznych udaje się zakończyć tego typu zamierzenia, które zazwyczaj
podejmuje się dopiero w drugiej połowie życia.
Jak widzi Pani Profesor perspektywy humanistyki?
- Zwykłam mówić o sobie, że -
podobnie jak ów pasażer z wiersza Gałczyńskiego - jestem jako językoznawca „ani
katolik, ani marksista, tylko rzetelny rzemieślnik". W pewnym sensie zawsze
pozostawałam poza nurtem kolejnych preferowanych kierunków badań
językoznawczych. Wszystko, co robiłam, opierało się przede wszystkim na
sumiennie gromadzonych i analizowanych materiałach. Nigdy nie lubiłam
teoretycznych dyskusji, sprowadzających się głównie do rozważań, co, kto
rozumie pod jakimś terminem czy pojęciem.
Spoglądając z perspektywy czasu na własne życie może Pani Profesor
powiedzieć, że...
- że miałam szczęście w życiu.
Miałam wspaniałe dzieciństwo, kochających rodziców, ciekawy dom, w którym
bywało wielu interesujących ludzi, prezentujących szerokie, liberalne
spojrzenie na świat. To dało mi optymizm i siły na całe dalsze życie.
Tak, miałam szczęście w życiu...
Dziękuję
Pani Profesor za rozmowę
[Z Profesor Hanną Popowską-Taborską rozmawiała Lilla
Moroz-Grzelak]
[*] O
początkach tej pracy można przeczytać w tekście prof. H. Popowskiej-Taborskiej U samych początków (1954-1956), [w:] 50 lat slawistyki w Polskiej Akademii Nauk,
red. K. Handke, Warszawa 2004, s. 33-42.
|